Przejdź do treści
Strona główna » Blog » REKLAMA ONKOLOGII  – czyli dlaczego Big Pharma „zachęca nas do raka”.

REKLAMA ONKOLOGII  – czyli dlaczego Big Pharma „zachęca nas do raka”.

Dlaczego świadomie, w obliczu diagnozy „proszę pani, to rak”,  zrezygnowałam z chemioterapii i innych działań konwencjonalnych? Było kilka czynników, które połączyłam w jedną logiczną całość, a jednym z nich były działania marketingowe podejmowane na rzecz raka przez system: przemysł farmaceutyczny + przemysł medyczny + przemysł rozrywkowy, który zapalił mi ostrzegawcze światełko- bo skoro coś musi być reklamowane, nie musi być dobre. 

W erze social mediów pojawił się nowy, zaskakujący model wpływu: pacjenci-influencerzy, których nazwałam „onko-influencerami”. 

Nie chodzi tu o celebrytów, ale osoby, które dzielą się swoimi doświadczeniami choroby – i … otrzymują pieniądze od firm farmaceutycznych i/lub są wciągani w celebrytki świat „prestiżu”, wywiadów, statuetek dla „super pozytywnego pacjenta onkologicznego” i innych chorych działań systemu. 

Jak opisuje STAT News, to „lucrative new frontier for drug advertising” (dosłownie: dochodowa nowa granica reklamy leków) https://www.statnews.com/…/patient-influencers-get-a…/

Agencje, takie jak Wego Health, działają jak „talent agency dla pacjentów” – mają bazę tysięcy pacjentów-influencerów, a firmy farmaceutyczne płacą za ich głos (info w artykule powyżej). 

Według tej samej analizy: Sunovion (firma farmaceutyczna) dzięki współpracy z Wego Health zanotowała wzrost „earned media impressions” (miara zasięgu i wiarygodności działań marki) z < 100 000 do 13,2 mln. 

I teraz ciekawostka (nadal z tego samego artykułu): 

Aż 87% osób, które zobaczyły post od pacjenta-influencera, zadeklarowało, że zapyta swojego lekarza o dany lek. 

Pacjenci – onko-infulencerzy, wzbudzają ogromne zaufanie widzów, podziw i pełen szacunek zwłaszcza, że często są to osoby wyglądające – jak na pacjentów onkologicznych, zadziwiająco dobrze! 

Brak włosów – nie stanowi problemu, bo taki onko – influencer ma na potrzeby swoich rolek wiele różnych peruk lub milion chust, w których wygląda jak afrykańska bogini, brwi pięknie odtworzone makijażem permanentnym, make-up i ubrania – jak przystało na celebrytę: niby nic specjalnego, ale pięknie to wszystko wygląda… Aż chce się mieć takiego raka, bo przecież całkiem dobrze jest. I, rzekłabym, zgodnie z trendem.

Jak mówi jedna z badaczek cytowanych w STAT – „jest całe mnóstwo kwestii etycznych” związanych z promowaniem leków, zwłaszcza jeśli influencer nie rozumie, gdzie leży granica między edukacją,  a reklamą. 

A czy rozumie? Niekoniecznie. Bo taki influencer niewiele rozumie:

Przyjrzałam się kilku polskim „onkoinfluencerkom” na Instagramie i widzę dziewczyny biegnące z radością na chemię. 

Widzę angażujące posty, „wypasione” filmiki (rolki)  i szczęśliwe chwile podczas wlewów chemioterapeutyka, gdzie „insta” taniec podczas wlewu jest takim chyba trendem…  

Widzę uśmiechnięte dziewczyny zajadające się ciastkami i pizzą po takim wlewie, a w pracy (no bo się czasem pracuje!) pijące „1347867 kawę” – jak obrazowo przedstawia jedna z nich… 

Podsumowując przesłanie onko-influencerów brzmi: 

„Mam raka, jest super, zobaczcie, robię to co zawsze, a nawet jest fajniej, bo przecież bez wyrzutów pozwolę sobie na ten torcik, a nawet dwa, i milion kaw,  należy mi się, a chemia trzyma mnie przy życiu, więc jest git! I nie wierzcie, że cukier karmi raka, bo lekarz mówi, że nie karmi, więc żyjmy jak zawsze, zjedzmy ten torcik, albo dwa!” 

Żebym jednak była uczciwa – czasem taki „onko-influencer” ma słabsze dni. Na 10 pięknych chwil pełnych szczęścia, jest 1 dzień smutku, czasem nawet i łezka się uroni. Bo przecież ma być … prawdziwie. Oczywiście nie ma wymiotów, nie ma bólu, nie ma chorób jatrogennych. O tym jest ciiiiiszaaaa…

No i żeby było jeszcze uczciwiej, to żaden z tych „onko-influencerów” nie chciał nawet spojrzeć w stronę naturalnych terapii, o czym tworzy co jakiś czas post ze screenami porad zatroskanych widzów: „odrobacz się”, „nie bierz chemii, to cię zabije”, „pomyśl o bezpieczniejszych metodach”, „poczytaj o tlenoterapii” – oczywiście każda taka porada z pogardą i influencerską zwinnością jest odpowiednio komentowana. 

Na równi z wiarygodnymi, wesołymi onko – influencerami, stoją med-influencerzy.

Podobny mechanizm dotyczy lekarzy-influencerów (oficjalna nazwa: HCP influencers) – firmy farmaceutyczne coraz częściej wykorzystują wpływ lekarzy obecnych w mediach społecznościowych do edukacji, promocji (choroby ) i komunikacji naukowej.

Według raportu eMarketer https://www.emarketer.com/…/physicians-change-their…  50% lekarzy przyznało, że zmieniło swoje decyzje terapeutyczne (np. przepisywanie leków) pod wpływem treści publikowanych przez influencerów zdrowotnych.

Dodatkowo 60% lekarzy zmieniło postrzeganie leku (lub terapii) dzięki treściom od med-influencerów.

Mechanizm „influencer-marketing” farmacji obejmujący  lekarzy-influencerów nie jest zjawiskiem marginalnym – rośnie jego znaczenie jako kanału komunikacji.

Dla firm farmaceutycznych to okazja: dotrzeć do lekarzy i pacjentów przez wiarygodne, autentyczne głosy medyczne. 

Docierają? Myślę, że czasy tzw. pandemii covid pokazały, że jest to bardzo intratny biznes. Nie czytałeś jeszcze o polskich lekarzach opłacanych przez firmy farmaceutyczne? To proszę bardzo: https://businessinsider.com.pl/…/rekordzista-z…/hm8sftf

Dlaczego o tym piszę? 

Bo ze względów osobistych moim przedmiotem zainteresowań stały się nowotwory, przemysł z tym związany i całe to otoczenie biznesowe, które decyduje o losie każdego pojedynczego małego człowieka, któremu w sposób wiarygodny, profesjonalny i  bardzo sugestywny przekazuje się krótką, ale znamienną treść: „ma pani/pan raka”. 

Treść, która zmienia wszystko…

Dzięki „onko-influencerom” i „med-influencerom” rak ma się stać przyjaznym zwierzaczkiem, dzięki któremu takiego pacjenta czekają (w większości) cudowne, wartościowe i pełne wzruszeń chwile – takie właśnie, jak widać w życiu pacjentów – influencerów na ich kolorowych, pełnych przygód profilach na social mediach. 

Mówiąc krótko: aż chce się mieć raka i „przywileje” z nim związane, w których konwencjonalne metody okaleczające i niewiele mające wspólnego z leczeniem przyczyny, są niczym połknięcie witaminki. 

Dzięki tym działaniom, sowicie opłacanym przez firmy farmaceutyczne, za zgodą całego systemu medycznego, influecerzy-lekarze trzymają sztamę z influencerami-pacjentami i stoją na straży jednej słusznej ścieżki – Evidence Based Medicine, dzięki której biznes się kręci. 

Kto na tym cierpi najbardziej? 

W mojej ocenie onko-inluencerzy. To oni są faszerowani chemią niekoniecznie na potrzeby ich zdrowia, ale na pewno – marketingu, i to oni zmanipulowani sukcesem na social mediach (mają setki tysięcy followersów!), czy mamieni złudnym prestiżem nie tylko chorują, ale i nie mają szans na wyzdrowienie.

Przywołam tu tylko ŚP. Aleksandrę Wiederek alias olaaleksandra, która na swoim profilu onko-pacjentki na Insta (https://www.instagram.com/olaalexalexandra/)  nie tylko takiej cudownej ścieżki (którą tak chwaliła), nie przeszła, ale i ona sama po śmierci szybko i skutecznie  została zapomniana, jak zużyta część wielkiej machiny, którą natychmiast zastąpiono innymi onko-influencerami, głodnymi prestiżu, wywiadów, pięknych selfie z celebrytami, z naręczem statuetek od domykających system magazynów  i gazet  opiniotwórczych. 

I być może  pomyślisz, że nic mi do takich działań onko-inluencerów, bo każdy może robić na swoim profilu to co chce. 

Teoretycznie – zgadza się. 

Ale mam nieodparte wrażenie, że istnieją dwa różne standardy tej wolności – ta „lepsza” i zgodna z mainstreamem, nigdy nie dyskredytowana, nie trafiająca pod czujne oko „demagoga” oraz ta „gorsza” wolność, której nie tylko blokuje się konta, gdy opis proponowanego leczenia jest niezgodny z procedurami, i którą już  interesują się sądy lekarskie. `

Właśnie dlatego nagłaśnianie takich zjawisk jest tak ważne: tylko wtedy wolność może być wspólna i symetryczna dla wszystkich zaangażowanych.

Autor: Olga Sobocińska