Przejdź do treści
Strona główna » Blog » Naturopaci i zielarze vs lekarze

Naturopaci i zielarze vs lekarze

Bez skrupułów namawiają i przekonują, by – nawet w najpoważniejszych chorobach – próbować leczenia na własną rękę: za pomocą ziół, dożylnych wlewów witaminy C i megadawek witamin, ozonu czy bioenergoterapii. Zwykle są świetnymi mówcami, potrafiącymi porywać tłumy.

W środowisku medycznym mówi się o nich wprost: to oszuści, którzy żerują na niewiedzy, naiwności oraz trudnej sytuacji pacjentów i ich rodzin. Proponują niesprawdzone terapie, które nie dość, że nie pomagają, to mogą poważnie zaszkodzić chorym. Ich tubą propagandową jest internet, gdzie szerzą dezinformację i próbują przekonać do siebie kolejne osoby.” – napisała niedawno red. Marta Słupska w artykule dla wp.pl

To dalsze gotowanie żaby pod nazwą „lex szarlatan” – nazwą z premedytacją wdrożoną, by oswoić pacjentów z jednoznacznie negatywnie brzmiącym określeniem: „szarlatan”.  Nie naturopata. Nie fitoterapeuta. Nie bioenergoterapeuta.  Szar-la-tan. 

O wprowadzeniu szeregu obostrzeń, zakazów i przede wszystkim – horrendalnych kar dla osób zajmujących się terapiami naturalnymi głośno mówi się od czasu pewnego tajemniczego Oskara D., chłopaka, który rozwinął się na social mediach w takim stopniu, że największe agencje marketingowe  mogłyby się od niego wiele nauczyć. Chłopca, z – o dziwo – łatwo zapamiętywanym imieniem i nazwiskiem, postacią niczym w całości stworzoną przez AI,  charakterystycznym głosem  i słowotokiem bez cienia zająknienia – tak nie wypowiadają się nawet wiele lat szkoleni mówcy. 

A tu – ni stąd, ni zowąd, na „sociale” wskakuje Oskar D., tworzy zasięgi kosztujące  miliony $, mówi płynnie, choć dosyć  „sztucznie”, po czym – spektakularnie zostaje aresztowany (hmm, tylko gdzie odbywa karę ten Oskar D.? Gdzie jest ciąg dalszy historii Oskara D.?)  i natychmiast  pojawia się debata o „szarlatanach” – zamknąć, ukarać, odciąć od dochodów i zwolnić miejsce lekarzom. 

Jednocześnie na tych samych „socialach” pojawiają się med-influencerzy (lekarze-influencerzy), którzy zaczynają mówić o dużych dawkach witaminy D, o jelitach i mikrobiocie, o leczeniu dietą, o eliminacji cukru, o wspieraniu organizmu naturalnie…  O tym, o czym wszyscy pozbawieni wykonywania zawodu lekarze (no i pretendujący do zamknięcia – naturopaci) mówią od dawna. 

Oczywiście med-influencerzy nie odżegnują się od konwencjonalnych metod, szczepień i mainstreamowych zaleceń, dlatego uznani są za wysokiej klasy specjalistów i sądy lekarskie, no i prokuratura,  nie są nimi zainteresowane. Zaczyna się przejmowanie rynku naturalnych terapii przez lekarzy… 

Dlaczego? 

Wyjaśnia to pięknie pani redaktor w dalszej części artykułu: 

„W latach 2017-2019 w szpitalu (Dolnośląskie Centrum Onkologii) przeprowadzono badanie ankietowe na grupie 355 osób z nowotworem złośliwym. Wynika z niego, że po niekonwencjonalne metody sięgnęło prawie 44 proc. pacjentów. Chorzy stosowali głównie leki ziołowe, siemię lniane, pestki moreli, dożylne wlewy witaminy C czy wodę święconą. Tylko 30 proc. z nich deklarowało, że zrezygnowałoby z dodatkowych metod pod naciskiem lekarza, a jedynie 40 proc. zaznaczyło, że poinformowało swojego lekarza o alternatywnym leczeniu, któremu się poddali.”

Jest o co walczyć, prawda? 

„Pacjentki odchodzą od leczenia na różnych etapach. Bardzo często nie wierzą, że mają nowotwór. Szczęśliwe historie to te, w których kobiety widzą, że alternatywne metody nie pomagają, bo guz się powiększa, więc do nas wracają.”

Rozwinięcia tematu w kontekście tego, że może jednak niektórym pomagają – pani redaktor nie podjęła. 

„Mamy wtedy poślizg w leczeniu, ale pacjentkę można uratować – mówi dr Piotr Kasprzak, radiolog z Zakładu Diagnostyki Chorób Piersi Dolnośląskiego Centrum Onkologii, Pulmonologii i Hematologii.”

Ciekawe. Jak to się zatem ma do wszechobecnego twierdzenia lekarzy, że tylko szybkie zajęcie się rakiem umożliwia jego wyleczenie? Tego  tematu pani redaktor nie podejmuje. 

„Jeśli jednak pacjentka nie ma tej czujności i nie zauważy, że po stosowaniu metody alternatywnej jej stan się pogarsza, to dochodzi do rozsiewu choroby i wtedy nie ma już żadnego ratunku. Wszystko zależy więc od dociekliwości – zauważenia, że podjęło się złą decyzję i że można się z niej wycofać – dodaje.” 

Rzetelny dziennikarz na pewno zapytałby, czy rozsiew choroby występuje tylko po stosowaniu tych metod „alternatywnych”, czy może – jak  pokazują statystyki, nawrót choroby po systemowym „leczeniu” jest bardzo częsty. Być może statystyki pokazałyby jeszcze więcej, gdyż po okresie tzw. pięcioletniego przeżycia pacjenta z nawrotem klasyfikuje się jako „nowy przypadek”, ale – dla jasności – po coś ten „pięcioletni okres przeżycia” wprowadzono. 

Dodam jedynie, że nie o czujność tu chodzi, ale o samokształcenie. I nie o zauważenie, że podjęło się złą decyzję, tylko o rozpoznanie problemu – bo dlaczego tylko lekarz ma być nieomylny? 

Walka o pacjenta trwa. 

Nierówna – z jednej strony ”szarlatani”, wśród których są znakomici lekarze, którzy zauważyli, że „coś w tym systemie nie gra”, na których nakłada się coraz większe obostrzenia, szykuje milionowe kary i już – co niektórym się je funduje, z drugiej strony – ogromna rzesza systemowych lekarzy, którym system nie tylko nie pozwala na samodzielne myślenie (procedury i wytyczne dot. leków na dane rozpoznanie), ale i przez cały czas kontroluje, by nie zechcieli samodzielnie myśleć. 

System, który zarządza milionami, podpiera się ustalonymi przez siebie ustawami, ma narzędzia, by „wroga” zniszczyć natychmiast. 

Taka to właśnie jest wolność – także wyboru. Bo przy takich obostrzeniach pacjent nie będzie mial wyboru nawet, gdy będzie miał wiedzę i świadomość. 

Artykuły takie, jak wspominany pani red. Marty Słupskiej, są także elementem nierównej gry – w myśl starej zasady „kto ma media, ten ma władzę” – tworzy się rękoma takich nieświadomych osób treści, które mają na celu wywrzeć odpowiedni efekt na potencjalnym pacjencie, o którego bój się toczy.  Ale nikt z tych pismaków nawet nie spróbował nawet pokusić się o zadanie sobie pytania: dlaczego pacjenci uciekają od medycyny tzw. konwencjonalnej? Dlaczego szukają tych „strasznych” alternatywnych metod?

Czyżby odpowiedź nie była wygodna? 

  • Bo może nie o ciekawość tu chodzi, a o troskę o własne zdrowie, gdy leczenie systemowe jest obarczone ogromnym ryzykiem? 
  • Bo może pacjenci zaczęli zauważać, że medycyna systemowa tuszuje  skutki choroby, ale nie zajmuje się eliminacją przyczyn? 
  • A może w końcu chodzi o to, że  powycinane, schemiowane i spalone raki wracają po kilkunastu latach z siłą tsunami, i taki pacjent zaczyna zadawać sobie pytanie – czy te cierpienia, poparzenia, okaleczenie, ogromne skutki uboczne miały sens? 

Takich pacjentów jest mnóstwo – i o nich pani redaktor nie wspomina. 

Ja sama na przestrzeni roku poznałam wielu takich ludzi na całym świecie, część z nich zwraca się do mnie z pytaniem, co mogą zrobić inaczej. 

Jedno jest pewne – szarlatanów w świecie medycyny jest wielu. Zarówno po stronie medycyny tzw. konwencjonalnej, jak i tej „alternatywnej” przy czym tylko jednych obarcza się winą za niepowodzenie leczenia. 

Obie formy leczenia są kosztowne, ale to firmy farmaceutyczne i cały system medyczny zarabia miliardy przy czym na leczenie systemowe pacjent nie musi wydawać własnych pieniędzy – składamy się na nie wszyscy odprowadzając podatki na każdym kroku, jaki stawiamy przez całe życie. 

Niech podsumowaniem będą słowa jednej z moich klientek, lekarki z wieloletnią praktyką, która radzi się mnie, jak może wspomagać zdrowie naturalnie, a nawet odwrócić procesy chorobowe jej pacjentów. 

Któregoś razu, gdy zaproponowana przeze mnie terapia postawiła na nogi jej pacjenta, którego kolejne proceduralne leki z tych nóg „zwaliły”  tworząc kaskadę skutków ubocznych, tak mi powiedziała:  „I to jest właśnie medycyna, którą zawsze chciałam uprawiać. Ale system mi na to nie pozwala”.

Autor: Olga Sobocińska