Przejdź do treści
Strona główna » Blog » Dzień Kobiet, wydanie specjalne: “macaj się i bój się”

Dzień Kobiet, wydanie specjalne: “macaj się i bój się”

Wczoraj był Dzień Kobiet. Święto kobiet, kobiecości, siły, wdzięku, tulipanów i tych wszystkich serdecznych banałów, które media wyciągają raz do roku z szuflady. Ale wystarczyło włączyć telewizor, posłuchać radia, zerknąć na internet, żeby zrozumieć, że nie, jednak nie marzec. Najwyraźniej znowu jest różowy październik. Albo raczej jego wersja turbo: bardziej lepka, bardziej natarczywa, bardziej emocjonalna.
Wiadomości, śniadaniówki, formaty rozrywkowe, wywiady, przerywniki, plansze, „ważne społeczne akcje”, a między nimi ten sam rytuał: piersi, guzek, lęk, liczby, statystyki, dramat, wezwanie do działania. I oczywiście ten specyficzny ton, który ma udawać troskę, a w praktyce działa jak miękki młotek pneumatyczny. Nie: „poznaj swoje ciało spokojnie”.
Raczej: „uważaj, bo coś tam może już w tobie siedzi”.
Nawet w programie rozrywkowym trzeba było uczestniczkę symbolicznie rozpiąć z prywatności i ustawić w scenariuszu pod tytułem: „powiedz publicznie o tym, co poczułaś w piersi”. Czego dokładnie? Nie wiadomo. Co z tego wyszło? Nie wiadomo. Ale nieważne, przecież nie chodzi o wiedzę. Chodzi o wrażenie. O impuls. O obraz. O to krótkie, zimne ukłucie pod mostkiem u widzki: skoro ona coś miała, to ja pewnie tym bardziej. Bo jeśli dotyczy celebrytki, to tym bardziej zwykłej kobiety z kanapą, kredytem i termometrem w szufladzie.
I to jest właśnie najbardziej interesujące: nie informacja, tylko psychologiczna konstrukcja komunikatu. Nie edukacja, tylko emocjonalne formatowanie odbiorcy. Najpierw podajesz twarz. Potem lęk. Potem liczby. Potem prosty odruch. A na końcu podsuwasz jedyne słuszne wyjście: przyjdź, sprawdź, zgłoś się natychmiast. Najlepiej już teraz. Najlepiej przestraszona, bo przestraszony człowiek nie analizuje, tylko reaguje.
Mechanizm jest aż zbyt elegancki. Powtarzasz kobietom, że muszą się stale obserwować.
Potem pokazujesz im cudze historie, najlepiej z elementem niedopowiedzenia. Potem dokładasz statystyki, najlepiej bez kontekstu – ile zachoruje, ile umrze, ile za późno, ile zbyt późno, ile nie wiedziało. A potem wrzucasz hasło, w wersji niby swojskiej, niby koleżeńskiej, niby luzackiej: „macaj się”. Kampania z gatunku: oswoimy grozę językiem mema. Z jednej strony śmiertelny strach, z drugiej lekki slogan. Marketing zdrowotny odkrył, że jak człowieka odpowiednio nastraszyć, a potem zagadać jak kumpelę, to łatwiej go poprowadzić.

Przekaz wygląda mniej więcej tak:
Wokół ciebie jest zagrożenie. W tobie być może już coś jest. Możesz tego jeszcze nie wiedzieć. Inne też nie wiedziały. One też żyły normalnie. Ale jeśli będziesz czujna, będziesz się badać, będziesz się macać, będziesz przychodzić od razu do nas, to może zdążymy cię uratować.

To nie jest neutralna edukacja. To jest narracja alarmowa. Wersja kobieca syreny przeciwlotniczej, tylko w pastelach.

Najbardziej niepokojące jest to, jak bardzo ten przekaz korzysta z podświadomości. Bo przecież przeciętna kobieta nie słyszy z telewizora wyłącznie treści. Ona chłonie atmosferę. A atmosfera jest taka: piersi to pole minowe. Ciało to podejrzany teren. Kobieta ma być stale czujna wobec samej siebie, stale kontrolować, stale interpretować, stale nasłuchiwać sygnałów. Nie odpoczywać w ciele, tylko pełnić przy nim nocny dyżur.

Tyle że ciało – i tu zaczyna się część mniej medialna, a bardziej rzeczywista – nie jest z plastiku ani z katalogu anatomii. Piersi nie są jednorodne jak dwie silikonowe kule z wystawy. Ich budowa jest zmienna, nierówna, zależna od wieku, cyklu miesiączkowego, hormonów, ciąży, karmienia, menopauzy i zwyczajnych łagodnych zmian w tkance. NHS wprost podaje, że piersi mogą naturalnie wyglądać i wyczuwać się inaczej w różnych momentach cyklu, w ciąży, przy karmieniu i po menopauzie. Również to, że objawy typu guzki czy tkliwość są częste i bardzo często mają inne przyczyny niż rak.
Mało tego: „grudkowatość” czy tzw. łagodne zmiany guzkowate bywają po prostu elementem normy. Brytyjskie materiały dla pacjentek opisują, że wiele kobiet ma piersi „knobbly”, czyli wyraźnie nierówne, guzkowate, zwłaszcza przed miesiączką, i że taka rozlana guzkowatość sama w sobie nie oznacza zwiększonego ryzyka raka. W tym samym materiale pada wręcz informacja, że 9 na 10 kobiet kierowanych do poradni onkologicznych nie ma raka, tylko jedną z łagodnych przyczyn zmian, najczęściej torbiele albo włókniakogruczolaki.

Czyli tak: można sobie coś wyczuć często, i bardzo często nie będzie to nowotwór.
To nie znaczy, że niczego nie sprawdzać. To znaczy tyle, że robienie z piersi alarmowego czujnika dymu, który ma wyć co tydzień, nie jest ani mądre, ani uczciwe. Szczególnie gdy nie dopowiada się kobietom najważniejszego: że ich piersi mają prawo być nierówne, tkliwe, zmienne, mniej lub bardziej „grudkowate”, i że sens ma nie histeryczne wymacywanie wszystkiego codziennie, tylko znajomość własnej normy oraz reakcja na zmianę, która jest nowa, wyraźna i utrwalona. NHS właśnie tak to formułuje: chodzi o to, żeby wiedzieć, co jest normalne dla ciebie, a nie żyć w przekonaniu, że każda nierówność to początek katastrofy.
Tu warto dodać rzecz bardzo niewygodną dla hasła „macaj się”. Regularne, formalne samobadanie piersi jako metoda przesiewowa nie jest dziś zalecane jako rutynowy screening przez American Cancer Society, a starsze duże badania nie wykazały, żeby obniżało śmiertelność z powodu raka piersi. ACS wprost zaznacza, że nie rekomenduje regularnych badań klinicznych ani samobadania jako elementu rutynowego screeningu u kobiet o przeciętnym ryzyku.
Jeszcze mocniej mówią o tym przeglądy Cochrane i badania randomizowane: w dwóch dużych próbach nie stwierdzono korzyści dla śmiertelności, natomiast kobiety uczone samobadania przechodziły znacznie więcej biopsji z powodu wyników fałszywie alarmujących; w jednym przeglądzie było to niemal dwa razy częściej.

To nie znaczy, że świadomość własnego ciała jest bez sensu. Ona ma sens. Ale różnica między świadomością a tresurą lękową jest ogromna. Świadomość mówi: „wiedz, co jest dla ciebie normalne”. Tresura lękowa mówi: „szukaj, bo coś tam może siedzieć”.
Świadomość daje orientację. Lęk daje obsesję. A obsesja jest świetnym paliwem dla mediów, kampanii i całego przemysłu nieustannego monitorowania siebie. Dlatego ten marcowy wysyp piersiowego contentu robi takie dziwne wrażenie. Niby święto kobiet, a kobieta znów występuje głównie jako potencjalna pacjentka. Niby troska, ale w tonie wyuczonej grozy. Niby profilaktyka, ale podana tak, byś przypadkiem nie zaznała zbyt wiele spokoju. Bo spokój słabo się klika. Strach klika się znakomicie.

I nie chodzi nawet o to, że ktoś mówi o zdrowiu. Problem zaczyna się tam, gdzie całe kobiece doświadczenie zostaje zawężone do jednego biologicznego lęku, a przekaz jest skonstruowany nie jak rozmowa z inteligentnym człowiekiem, tylko jak sterowanie odruchem. Piersi nie są już częścią ciała; stają się projektem do ciągłego nadzoru. Kobieta nie ma ich po prostu mieć. Ma je patrolować.

A potem dziwimy się, że rośnie społeczna hipochondryzacja, że ludzie żyją od badania do badania, od markera do markera, od USG do rezonansu, od „proszę obserwować” do „proszę pilnie wyjaśnić”. Oczywiście, współczesna onkologia ratuje życie i to jest fakt. Ale kultura ciągłego alarmu ma też swoją ciemną stronę: produkuje obywatelki stale gotowe na najgorsze. Takie, które już nie pytają: „czy to coś realnie niepokojącego?”, tylko: „czy to już?”. A gdy system mówi im to wystarczająco często, zaczynają traktować zdrowie nie jak stan, tylko jak tymczasowe zawieszenie diagnozy.
Jest w tym coś naprawdę ponurego, zwłaszcza gdy zestawi się ten przekaz z nieustannie rozrastającą się symboliką onkologii w przestrzeni publicznej: więcej kampanii, więcej poradników, więcej narracji o czujności, więcej oswajania słownictwa choroby. Nie twierdzę, że samo to „tworzy raka”. Twierdzę coś bardziej przyziemnego i, niestety, bardziej wiarygodnego: tworzy kulturę życia w gotowości do choroby. A to już jest zmiana psychiczna, społeczna i egzystencjalna.

I tu dochodzimy do ostatniego punktu: strach i ciągłe myślenie o chorobie. Tu trzeba mówić precyzyjnie. Nie ma solidnych dowodów, że sam stres w prosty, liniowy sposób „powoduje raka piersi”. Narodowy Instytut Raka w USA podaje wprost, że związek między stresem a samym ryzykiem zachorowania na nowotwór jest niejasny; wyniki badań są mieszane, a dla raka piersi część dużych badań nie wykazała związku.

Ale jednocześnie ten sam NCI opisuje, że przewlekły stres ma wiele niekorzystnych skutków zdrowotnych, może pośrednio zwiększać ryzyko poprzez zachowania takie jak gorszy sen, mniejsza aktywność, przejadanie się czy alkohol, a w badaniach laboratoryjnych i modelach zwierzęcych przewlekły stres bywa wiązany z procesami sprzyjającymi progresji nowotworu, takimi jak angiogeneza, oporność na apoptozę czy metastaza. Dowody na bezpośredni wpływ na przeżycie u ludzi pozostają jednak ogólnie słabe.

Czyli uczciwie rzecz ujmując:
nie da się powiedzieć „bałaś się, więc dostałaś raka”, ale da się powiedzieć, że życie w chronicznym lęku nie jest neutralne dla organizmu ani psychiki, a u osób już chorujących może pogarszać dobrostan i utrudniać funkcjonowanie.

Kobiet nie trzeba usypiać fałszywym spokojem, ale też nie trzeba ich tresować permanentnym alarmem. Piersi nie są jednorodne, zmieniają się, bywają guzkowate i tkliwe, często zupełnie łagodnie. Samobadanie jako rytuał przesiewowy nie okazało się cudownym narzędziem zmniejszającym śmiertelność, a potrafi zwiększać liczbę fałszywych alarmów i niepotrzebnych biopsji – a badań nad „nadwykrywalnością” raka w procesie badań mammograficznych (i tym samym – kierowanie na biopsje) – jest sporo.
Ciągłe straszenie – choć świetnie nadaje się do telewizji – może zamieniać troskę o zdrowie w styl życia oparty na nieustannym podejrzeniu wobec własnego ciała.
I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najstraszniejsze: nie sam komunikat „dbaj o siebie”, tylko sposób, w jaki bywa podany. Nie jak zaproszenie do uważności, lecz jak psychologiczny pobór do armii lęku. Najpierw wmówić ci, że zagrożenie jest wszędzie. Potem nauczyć cię szukać go wszędzie. A na końcu nazwać to empowermentem.